Ograniczę się do "Bloga moich blogów, nie ma bowiem potrzeby mnożenia moich stron ponad miarę. Posiadam strony na wynajętym serwerze, stawiane na instalacji Wordpress:
Piotr Wójcicki - Długa Rozmowa
oraz blogi na Blogger.com:
Zapraszam
Ograniczę się do "Bloga moich blogów, nie ma bowiem potrzeby mnożenia moich stron ponad miarę. Posiadam strony na wynajętym serwerze, stawiane na instalacji Wordpress:
Piotr Wójcicki - Długa Rozmowa
oraz blogi na Blogger.com:
Zapraszam
Od 17 do 21 marca odbywały się Dni Otwarte Teatru Studio, będące prezentacją tej sceny, serwowaną z rozmachem przez dyrektorów Macieja Klimczaka i Grzegorza Brala. Było na co patrzeć, oj było. Dla ducha, dla ucha i dla oczu - bogactwo niesłychane. Publiczność waliła drzwiami i oknami , fundowała artystom aplauz, o jakim kazdy z ludzi teatru moze tylko zamarzyć. I co - i głucho.
Jedynie Jan Bończa-Szabłowski w Rzeczpospolitej zauwazył to znaczące wydarzenie artystyczne, dając krótką, pochlebną notkę. Resztę krytykonów wcięło, wymiotło, zatkało i skręciło w rulonik. Obecni, ale milczący odwrócili głowy od tej sceny, a być moze rzeczywiście nic na niej nie zauwazyli. Pies ich jechał.
Mogę jeszcze, chociaz z trudem, zrozumieć fatygantów z salonowego lobby, wzdychającego miłośnie do Macieja Nowaka, którego wyśnili sobie jako nowego dyrektora Teatru Studio. Wtedy byłby to przybytek sztuki cudownie wyrafinowanej i cmokierzy śliniliby się obficie, zachłystując się premierami wyjątkowej wagi i przedsięwzięciami, propagującymi wszelką pseudo awangardową tandetę.
Juz jakiś czas temu krytykon Pawłowski, zwany przez Jerzego Pilcha Romusiem i rzecznikiem TR - pomrukiwał niezadowolony z jakoby tajemniczego procesu powołania nowej dyrekcji w osobach pp Klimczaka i Brala. Oj, jak oni mu się nie podobali i och, jak mu się podobał okrutnie Maciej Nowak. No, nie udało się - psiakrew - Nowak się nie przyjąl, bidula salonowa kucnęła i nie miala siły wstać.
Chrzanię fatygantow salonowego lobby, nie traktuje ich jako powaznych partnerow do rozmowy o teatrze. Mam jednak wielki zal do recenzentow, których uwazam za uczciwych, rzetelnych i kompetentnych. Co się stalo z Jackiem Wekslerem czy Tomaszem Mościckim??? Nie zauwazyli oni rewelacyjnego "Makbeta" w natchnionym wykonaniu Teatru "Pieśń Kozla" ??? Nie poruszyl ich "Obrock" z Irena Jun, ani fenomenalny talent Pauli Kinaszewskiej i estradowa swoboda Leny Frankiewicz??? Nie podzialal na nich potezny czar flamenco - "La Kaita"???
Ejze, panowie - czy to aby mozliwe???!!!
Czuję przeto mus wewnętrzny napisania o tych wydarzeniach w kolejnych artykułach. Oni nie muszą - ja tak.
"Pieśń Kozła" - MACBETH
Co prawda jeszcze niezupełnie gotowej, jeszcze wymagającej kilku pociągnięć, ale postanowiłem udostępnić ją stałym Czytelnikom "Bloga moich blogów" - jako specjalny gest Marty Klubowicz wobec miłośników sztuki aktorskiej. Oto - "Marta Klubowicz - Strona oficjalna"
Link otwiera się w nowej karcie.
Jeśli kwestia ostatniej kochanki dyktatora brzmi “od czasu kiedy mnie zgwałcił, gdy miałam 12 lat”, to doskonale wiadomo, że jej narracja ma właśnie taki moment inicjacyjny i jest to czas, w którym powstaje człowiek i towarzyszący mu mit.
Blog,
I'd like to share approved contacts with you on Boxbe.
-Piotr
Here's the link:
https://www.boxbe.com/register?tc=1161127026_1298819109
via izismile.com
Seria zdjęć modelek z dawnych lat. Niesłychana jest różnica kryteriów, określających kobietę atrakcyjną.
To naprawdę był inny świat. Poprawność nie obowiązywała. Chciałoby się wierzyć, że obowiązywał spontanicznie wyrażany gust. Ale to chyba zbyt idealistyczne założenie.
Moje pierwsze spotkanie z tą aktorką polegało na tym, że ją i Ewę Kasprzyk, grające odpowiednio Amelkę i Kwirynę w „Dziewczętach z Nowolipek” Barbary Sass myliłem uporczywie z Emilią Krakowską i do niedawna byłem przekonany, że ta ostatnia grała jedną z dwóch, wymienionych postaci.
Początek znajomości był więc dość interesujący i ktoś przewidujący oraz wystarczająco bystry mógłby się spodziewać, że w owym qui pro quo kryła się bomba z bardzo opóźnionym zapłonem. Ale ja nie spodziewałem się niczego i prostodusznie zanurzyłem się w życiu na następne kilkanaście lat.
W tak zwanym międzyczasie dochodziły do mnie odgłosy z drogi, którą nazwijmy drogą kariery młodziutkiej aktorki. Pobrzmiewało jakieś takie „ależ ta Klubowicz zdolna, młoda, jak całe jej pokolenie”, nie wiedziałem tylko, czy chodziło o pokolenie w ogóle, czy też o generację aktorek które „coś tam, coś tam i tak dalej”, że posłużę się słynnym określeniem aktywności autorstwa posłanki Ewy Kruk (kocham Panią, Pani Ewo!!!). Czyli, że one umieją i mogą więcej od przedstawicielek poprzednich roczników i takie pieprzenie w bambus.
Widziałem ją jeszcze w jakimś spektaklu teatru telewizji. Zachowując wszelkie proporcje tego porównania, powiedziałbym tak jak Czechow, zapytany o opinię o Dostojewskim: „A, czytałem. Bez wrażenia”. Przyjąłem po prostu do wiadomości, że gra właśnie młoda, zdolna – i tyle.
Potem Marta K. zniknęła, a po kilku latach pojawiła się na bardzo odległym horyzoncie, a dobrze poinformowani znajomi donosili mi, że nader często mówi wierszem i to niejednym.
Co mi więc takiego uczyniła Marta Klubowicz, że od jakiegoś czasu uważam, że znacznie jej bliżej do Dostojewskiego, podczas gdy mnie nadal niedosiężnie daleko do Czechowa?
Cóż ona mi zrobiła takiego specjalnego, że myślę o niej, jak o jednej z najwybitniejszych polskich aktorek teatralnych i filmowych?
Ale to drobnostka. Myślę o niej jeszcze jako o jednej z najwybitniejszych postaci polskiej kultury, o kimś wszechstronnie utalentowanym i bardzo, bardzo wiele znaczącym. Tak, w ogóle znaczącym - jakkolwiek zabrzmiałoby to nieprecyzyjnie.
W roku 2000 ujrzałem Martę Klubowicz w roli Aktorki, w inscenizacji telewizyjnej sztuki Petera Turriniego pt „Miłość na Madagaskarze” (reżyseria Waldemar Krzystek). W postać Rittera wcielił się Janusz Gajos. Obejrzałem i zapamiętałem. Ten seans spowodował, że zacząłem ją traktować jak poważną aktorkę dramatyczną. Powiedzmy to tak: ujrzałem w niej aktorkę. I jeszcze więcej. Uznałem to spotkanie za czas zetknięcia się z artystką i jej sztuką. To dla mnie bardzo ważny moment.
No i co? Teraz będę piał z zachwytu, rekompensując tym obojętność z poprzednich lat? Może będę się kajać, że nie zauważyłem i nie doceniłem zjawiska, a teraz aż ślinię się z zachwytu, zagłaskując swe chropowate sumienie? A w żadnym cholernym przypadku!!! Niedoczekanie!
Już we wspomnianej roli Aktorki kilka momentów nie dograła, a zakończenie wręcz położyła. Nie ma lekko, pani Marto, jak się w pewnych scenach pokazuje mistrzostwo świata, to już trzeba postarać się wytrzymać wszystko. Takie są moje egoistyczne oczekiwania widza. Patrzę i widzę, i tak ma być. Nie może być zgrabiałego gestu dłoni i palców w wizji nadmorskiego, romantycznego spaceru, gdyż nic takiego środka wyrazu nie uzasadnia. Itede, itepe.
Ale z drugiej strony (z jakiej drugiej? - Ach, ta dialektyka sztuki) pokochałem Panią już podczas pierwszych scen „Miłości na Madagaskarze”. Aktorka siedziała przy sąsiednim stoliku hotelowej knajpy, paliła papierosy w długiej cygarniczce, piła czerwone wino i spod stylowego kapelusza o szerokim rondzie uważnie obserwowała Rittera, opowiadającego nieporadnie fabułę przyszłego filmu latynoskim producentom.
To zaglądanie przez ramię, niewymuszona mimika Pani twarzy tworzyła spektakl w spektaklu. I to właśnie było mistrzostwo świata, które mnie widzowi dotychczas obojętnemu dało okazję do zakochania się. I jeszcze powtórzenie kwestii w scenie z „Casablanki”, granej wraz z Ritterem w hotelowym pokoju. Takie chwile pozostają we mnie na całe życie, a może dla nich właśnie żyję.
Nie dość tego, co dotychczas. Marta Klubowicz uczyniła mi znacznie więcej... .
Wprowadziła mnie w świat niemieckiej poezji XIX-wiecznej, którą wspaniale tłumaczy, a także recytuje, a właściwie mówi, wypowiada podczas magnetycznych spektakli. Dzięki niej poznałem Josepha von Eichendorfa, niezbyt znanego u nas, a przecież żyjącego niegdyś na naszych ziemiach na Opolszczyźnie – poetę głębokiego, chociaż nieco oschłego, albo raczej wstrzemięźliwego (tu dochodzi do głosu mój mocno rozbestwiony emocjonalno-zmysłowy gust i nic na to nie poradzę).
Ale chyba najwięcej uczyniła mi swoimi przejmującymi wierszami, tymi z lat 80-tych, w których narastające z czasem, zracjonalizowane doświadczenie nie stłumiło jeszcze uczuciowej i zmysłowej melodii, nie pokryło asfaltem świętych bebechów. Wtedy właśnie zostały zapisane te niesamowite słowa o świecie, stworzonym przez Boga z odebranej samemu sobie śmierci:
jestem już stary
dlaczego
spytał świat
wielkiego Boga
stworzyłeś mnie
na niepodobieństwo
jestem zły
bo miliardy lat
czekam
na koniec
jaki mi przepowiedziałeś
skarżysz się bo masz umrzeć
i skarżysz się bo nie umierasz
odpowiedział wieczny Bóg
odebrałem sobie śmierć
i uczyniłem z niej ciebie
był i to warunek
tego co nazwałeś
stworzeniem
ale oni nie zrozumieją
tylko ze strachu
nazwali mnie miłością
strach wiarą
a z głupiej zazdrości
uwierzyli
w nieśmiertelność dusz
jeśli bym ciebie obrócił w proch pomyśl
kim będę
samoskazany
na nieskończone
dożywocie
(Przypowieść o wieczności)
To wiersz niezwykle ryzykowny ideowo, ale równocześnie wiersz potężny. Tak to widzę.
Przenikliwa artystka celuje prosto w mój splot słoneczny frazami swoich najlepszych wierszy – w moją dawną samotność, w moje kompleksy, w moje najskrytsze i najgorętsze pragnienia, w moją nieprzepartą chęć dawania miłości i życia. Taka poezja robi ze mną co zechce. Ale co ona sama chce? Pewnie pragnie być napisana przez Martę Klubowicz, jak „Przypowieść o samotności”:
Kto powiedział
że jestem samotny
wykrzyknął palec
wskazujący drugą dłoń
wiem że nie jesteś lustrem
spotkały się w modlitwie
tylko głowa jest samotna
szeptały cicho dłonie
popatrz na jej usta
a nawet oczy
one
mogą widzieć się
tylko w lustrze
Tak, Pani Marto, ja tak dalej patrzę na rzeczywistość i ludzi. Nie odeszło ode mnie „dziecięctwo”, dedykowane mi kiedyś wpisem w książce przez Stachurkę, przez piękną pisarkę dla dzieci Stachę Domagalską, zmarłą trzy lata temu. „Oby jak najdłużej przetrwała w tobie choćby okruszyna dziecięctwa” - tak napisała (tego i Pani jak najserdeczniej życzę) Na moje szczęście los okazał się łaskawy i nie pozwolił jeszcze skamienieć uczuciom i zmysłom, ani nie pozbawił mnie chwil wspaniałego „odjechania” myśli i całego wrednego racjonalnego bełkotu, przysparzającego jedynie goryczy.
Dlatego cieszę się poezją, sztuką i grą aktorską. Dlatego cieszę się, że Marta Klubowicz zrobiła mi to, co zrobiła. Zrobiła mi na całą resztę mojego życia.
Fot. Marta Klubowicz - z serii "Okna".
I'm retired journalist and I live in Warsaw, Poland. I've got wife Jola and daughter Ewa. Now, I'm blog projects consultant.





TYSOL oświadcza - "Gazeta Wyborcza" kłamie
„Gazeta Wyborcza” 9.10. opublikowała informację p.t. ”„Tygodnik Solidarność”
przeprasza”. Jest to kłamliwa i oszczercza informacja, w związku z tym powinniśmy iść śladem wydawnictwa Adama Michnika „Agory” i skierować sprawę do sądu. Ta kłamliwa i oszczercza informacja, uderza w nas ludzi „Tygodnika Solidarność”, którzy wiele lat walczyli o demokrację. Ale ponieważ bardziej, naszym zdaniem szanujemy demokrację niż Adam Michnik, to oszczędzimy sądowi kolejnej, niepotrzebnej i absurdalnej sprawy. Uznajemy więc, że możemy tę kłamliwą i oszczerczą informację sprostować na naszych łamach w zakresie polemiki prasowej.
Prawdą jest, że zapadł wyrok w pierwszej instancji w trwającym 3 lata procesie, który, jak przyznała sama sędzia orzekająca, nie powinien trafiać w ogóle na wokandę, bo takie sprawy należy rozstrzygać na łamach gazet. W czasie procesu zmieniający się 4-krotnie skład sędziowski przesłuchał wiele autorytetów ze świata mediów, ale widać Pani sędzia, która niedawno przejęła sprawę, przychyliła się całkowicie do argumentacji powoda, choć w ustnym uzasadnieniu używała wyrażeń, które podkreślały subiektywizm swojego wyroku i brak przekonania do jego trafności. Wyrok w tej sprawie jest nieprawomocny, będzie od niego wniesiona apelacja. W związku z tym ostateczna treść wyroku jest ciągle zdarzeniem przyszłym i niepewnym. Tak więc „Tygodnik Solidarność” nie przeprasza, jak napisał „GW”, tylko dalej będzie się upominał o sprawiedliwy wyrok.
A tak na marginesie, ciekaw jestem jak tę kłamliwą informację „GW” z dnia 9.10 br zinterpretowałaby Pani sędzia, która wydała wyrok w pierwszej instancji w sprawie wytoczonej nam przez „Agorę”?
Jerzy Kłosiński, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”